środa, 21 września 2016

Kuracji przeciw łysieniu ciąg dalszy

Czas na kolejny wpis odnośnie mojej walki z łysieniem rozlanym.Na szczęscie będzie to wpis całkiem pozytywny, bo w końcu mogę się pochwalić wyraźnymi efektami mojej kuracji.

Zmodyfikowałam nieco zalecenia dermatologa. Po szamponie Pharmaceris H Stimupurin, stosowanym przy każdym myciu przez miesiąc, dopadł mnie łupież, skóra głowy była przesuszona. Postanowiłam stosować ten szampon naprzemiennie z Vichy Dercos - szamponem w wersji wzmacniającej (przeciw wypadaniu). 3 mycia Pharmacerisem, następnie 3-4 mycia produktem Vichy, do tego przy każdym myciu odżywka Pharmaceris H Stimulinum, a 1-2 razy w tygodniu - Alpicort. I to całkiem dobra kombinacja!
Szampon Vichy Dercos Energising to w moim przypadku skuteczny produkt, zmniejszenie wypadania włosów obserwuję już po kilku myciach, niestety stosowany ciągle sprawia, że mój skalp się szybciej przetłuszcza a włosy nie są w idealnej kondycji, źle się układają i są przyklapnięte, co w przypadku niezbyt bujnej czupryny jest niemile widziane. Niestety przy dłuższym stosowaniu efekty odnośnie hamowania wypadania są coraz gorsze.

Efekty po niecałych 2 miesiącach są następujące:
- zmniejszenie ilości wypadających włosów podczas czesania - wypada czasem tylko 5-6 włosów, czasem (na razie nie wiem, od czego to zależy) jest ich 20-30,
- zdecydowanie zmniejszenie wypadania włosów w ciągu dnia - coraz częściej przeczesując włosy palcami nie wypada ani jeden włos lub tylko kilka,
- nieznacznie zmniejszył się kłębek włosów przy czesaniu po myciu - ostatnio naliczyłam trochę ponad 90 włosów, powiedzmy, że to poprawa średnio na poziomie ok. 20% w porównaniu z okresem przed kuracją; raz włosów jest mniej, raz bardzo dużo (jak przed kuracją), generalnie jest lekka poprawa, ale szału nie ma (bez porównania ze stanem sprzed kilku miesięcy, gdzie włosy nie wypadały prawie w ogóle)
- sporo baby hair, niektóre są krótkie (1-3cm), inne mają już po 5-6 cm i po spięciu włosów zabawnie odstają, większość nowych włosów jest w okolicy skroniowej i bocznej, w centralnej części głowy jest ich mniej.

Chyba całkiem nieźle, co? Jeśli dalej będzie coraz lepiej, to zacznę mówić już nie o łysieniu, a o nadmiernym wypadaniu :-)

Aha, z suplementacji nadal stosuję tabletki Silica, 2 dziennie. Dermatolog zaleciła preparat z samą biotyną, ale wydaje mi się, że Silica dostarcza sporą ilość biotyny a ponadto wiele innych, cennych składników, dlatego nie zrezygnowałam z tego preparatu.

Zauważyłam, że włosy najbardziej wypadają przy myciu i gdy są mokre (np. po deszczu - regularnie zapominam parasolki), jakby moja skóra nie lubiła wilgoci. To samo jest przy stosowaniu olejków na skalp - włosy przy myciu zawsze wypadały garściami, dlatego od paru lat nie nakładam nic "zatykającego" na skórę głowy. Po myciu owijam włosy ręcznikiem na dłuższy czas, a później zazwyczaj suszę suszarką (niezbyt ciepłym powietrzem, żeby nie niszczyć włosów). Jeśli zostawiam włosy do wyschnięcia naturalnie, to wypada ich naprawdę dużo. Nie mam pojęcia, czemu tak jest.

W tej chwili włosy są ładne, lśniące, dobrze odżywione, uniesione u nasady - moje samopoczucie się automatycznie poprawiło :-) Na końcówki włosów nakładam maskę Ziaja Kozie Mleko, bardzo dobrze się sprawdza - polecam.

Kolejny update za kilka tygodni.

Poza tym przy okazji zakupu mojego ulubionego kremu do twarzy (BAIKAL Herbals - Iris - jak znajdę chwilę to napiszę krótką recenzję) zamówiłam szampon i odżywkę Babuszki Agafii - wspomaganie i aktywacja wzrostu oraz ziołową wcierkę OOO Pervoe Reshenie przeciw wypadaniu włosów (recenzja tutaj), którą używałam parę lat temu i byłam z niej zadowolona. Na razie będę kontynuować kurację opisaną wyżej, ale pod koniec roku chciałabym już wprowadzić małe zmiany w pielęgnacji - w zależności od wyników. Ziołowy lotion do włosów powoli wprowadzam już teraz (głównie żeby wzmocnić baby hair), bo w przerwach w stosowaniu Alpicortu nie używam żadnych wcierek. Trzymajcie kciuki!

wtorek, 30 sierpnia 2016

Kuracja przeciw wypadaniu - efekty po miesiącu

Mija prawie miesiąc od mojej wizyty u dermatologa, którą miałam 2. sierpnia 2016. Parę dni po wizycie wprowadziłam zmiany, które zaleciła dermatolog, czyli szampon Pharmaceris H Stimupurin, odżywka Pharmaceris H Stimulinum i Alpicort (wg zaleceń 1-2 razy w tygodniu, ale stosuję 3x tygodniwo). Cały czas przyjmuję preparat Silica, który zawsze miał dobry wpływ na moje włosy i skórę.
Czy są jakieś efekty po miesiącu? Ciężko mówić o spektakularnych zmianach na lepsze. Przy myciu włosy dalej wypadają dość obficie, podczas czesania przy myciu jest ich nieco mniej, ale nadal jest to ok. 70-90 włosów. Podczas czesania na sucho bywa bardzo różnie i nie widzę żadnej zależności (typu więcej wypadających włosów przy czesaniu po całym dniu, gdy włosy były spięte itp.). Raz jest to całkiem zadowalająca liczba ok. 25-30 włosów, a czasem cała umywalka czarna i dwa razy tyle kłaków, które postanowiły się wyprowadzić. Przepraszam, że podaję liczby, ale jest to jedyna obiektywna miara tego, ile włosów wypada (na oko czasem ciężko to ocenić).
Faktem jest, że przy przeczesywaniem włosów palcami w ciągu dnia, włosów wypada zauważalnie mniej, i to mnie cieszy.

Pojawiło się trochę baby hair, najwięcej po lewej stronie głowy, trochę mniej po prawej stronie (tu skroń jest prawie całkiem łysa - został tylko lekki puszek) i minimum na środku głowy. Na pewno nie jest to zasługa używanych od miesiąca kosmetyków, bo włoski mają już ze 2-3cm długości i musiały wyrosnąć wcześniej. Być może to efekt używania Placenty (zużyłam prawie całe opakowanie, a później przerwałam na rzecz preparatów zaleconych przez dermatolog) oraz Jantara przez parę miesięcy wcześniej. To dobry znak - włosy odrastają, mieszki nie obumarły.

Jeżeli chodzi o samą linię Pharmaceris z serii H - kosmetyki są całkiem wydajne. Pół łyżeczki szamponu wystarcza na umycie całej głowy (mam włosy minimalnie za łopatki), odżywki mam jeszcze ok. pół opakowania, nakładam ją wyłącznie na skalp. Po tych kosmetykach włosy są ładnie uniesione u nasady, nie przetłuszczają się. Niestety dostałam suchego łupieżu, dlatego chwilowo odstawiłam szampon Pharmaceris na rzecz Dercos Vichy - szamponu wzmacniającego, który mi kiedyś bardzo pomógł. Odżywki używam cały czas, łupież ustępuje, więc to może kwestia tego, że szampon Pharmaceris trzeba trzymać na głowie ok. 2-3 minuty a zawiera SLS i może wysuszać skalp.

Alpicort stosuję 3 razy w tygodniu, czyli nieco częściej, niż zaleciła dermatolog. Po 2 miesiącach ograniczę do 1-2 razy tygodniowo.

Parę zdjęć poglądowych (dermatolog zaleciła je wykonywać regularnie, żeby obiektywnie ocenić skuteczność terapii przeciw wypadaniu):

1) 02.08.2016 - przed kuracją zaleconą przez dermatologa - po intensywnym czesaniu po myciu

2) 08.08.2016 - na początku kuracji (bezpośrednio przed stosowałam jeszcze kilka razy Vichy Dercos wzmacniający)


3) 30.08.2016 - po prawie miesiącu
 Wszystkie zdjęcia są wyłącznie po czesaniu po myciu (bez włosów, które wypadły przy myciu, po ponownym rozczesaniu po masażu itp.). Jak widać szału nie ma, włosów nadal wypada dość sporo. Po pierwszym rozczesaniu, jeśli delikatnie wcieram Alpicort, wypada jeszcze ok. 30 włosów. Trochę tak, jakby były osłabione i przy króciutkim (ok. 1 min.) masażu wypadały. Nie wiem, jak to będzie dalej. Na razie bez zachwytów, trzymajcie kciuki, by było lepiej.

Badania na poziom żelaza na razie nie udało mi się zrobić.




wtorek, 9 sierpnia 2016

Łysienie, łysienie - czyli walki z wypadaniem włosów ciąg dalszy

No i wracam znowu po paru latach przerwy. Dużo się w tym czasie działo, ograniczyłam dość mocno pielęgnację, skupiając się na Jantarze (okresowo), lekkich szamponach i drożdżowej maski do włosów z serii Z apteczki babci Agafii, bardzo się polubiłam z tą maską. Niestety po prawie 2 latach względnego spokoju, kiedy już zaczęłam się cieszyć długimi - za łopatki - lśniącymi i ładnymi włosami... znowu dopada mnie wypadanie, a teraz już dosłownie łysienie.
Zaczęło się gdzieś w maju tego roku, chociaż wzmożone wypadanie obserwowałam przez poprzednie parę miesięcy, ale zwalałam winę na pory roku i stres związany ze zmianą pracy. Tak się złożyło, że z mojej ukochanej firmy trafiłam do typowej korporacji, gdzie nie było czasu podrapać się po czterech literach. Praca umysłowa po 10-12h na dobę, codziennie, zabieranie roboty do domu, wszystko na najwyższych obrotach i ciągłe chodzenie "na dywanik" za najmniejszy błąd skutkowało tym, że po kilku miesiącach rzuciłam kwitem i stwierdziłam: odchodzę. Od przełożonych usłyszałam, że jestem szczurem opuszczającym okręt, a chwilę później, że jestem super pracownikiem, ale co zrobić. Zmieniłam pracę na spokojniejszą i jestem zadowolona. Ale ze stanu mojej czupryny - nie. Jak wspomniałam, późną wiosną włosy zaczęły wypadać tak masowo, jak imigranci do Europy w tamtym roku. Włosy tu, włosy tam... Przy czesaniu masakra, moje włosy się raczej nie plączą, normalnie wypadało kilka czy kilkanaście, ale teraz wypada czasem i 50-60 przy jednym czesaniu. Przy myciu i przy czesaniu po umyciu - umywalka czy wanna pełna włosów. Raz się skusiłam i policzyłam, wyszło prawie 100 włosów przy samym czesaniu po kąpieli, a ile wypadło podczas kąpieli - nie wiem, od lat nie stosuję sitka, żeby nie widzieć kłaków po myciu ;-) W ciągu 2-3 miesięcy pojawiły się prześwity wzdłuż przedziałka, na czubku głowy a na skroniach został meszek i kilka zwykłych włosów. Włosy są oklapnięte i zazwyczaj je spinam, by ukryć prześwity. Zawiodły moje sposoby typu Jantar, zmiana szamponu, masaż, Placenta i ciągła suplementacja witaminowa - sposoby, które świetnie sobie kiedyś radziły przy wypadaniu sezonowym. Klamka zapadła - dermatolog.

Poszłam na wizytę, przesiedziałam 30 minut w gabinecie, choć samo badanie trwało może 10 sekund. Skóra głowy w porządku, włosy jako takie w porządku, brak objawów, by chodziło o typowe łysienie androgenowe - mam PCOS, od lat jestem na hormonach. Diagnoza - albo łysienie "stresowe", które zaczyna się ok. 3 miesiące po dużym stresie, albo łysienie rozlane o nieznanej przyczynie.

Zalecenie: Alpicort 1-2 razy w tygodniu po myciu, do mycia szampon Pharmmaceris H Stimupurin i odżywka odżywka Pharmaceris H Stimulinum, dokończyć ostatnie pudełko suplementu Silica i zmiana na Amocon Forte (biotyna). Do tego zrobić badanie krwi w celu oznaczenia poziomu żelaza, w razie potrzeby brać suplementy. Później kontrola za 4 miesiące.

Zrobiłam więc zakupy, kosmetyki i Alpicort kupiłam przez znaną aptekę internetową i oszczędziłam ponad 30zł, więc całkiem nieźle. Szampon i odżywka kosztują normalnie ok. 38-40zł, a Alpicort ok. 40-50zł. O efektach tej kuracji będę informować regularnie, mam nadzieję, że kosmetyki pomogą - rzekomo badania potwierdzają skuteczność, komentarze na internecie są zazwyczaj pozytywne. Liczę na zmniejszenie wypadania i jakieś baby hair w dłuższej perspektywie.

Jeśli chodzi o pierwsze wrażenia:
- szampon Pharmmaceris H Stimupurin - opakowanie typowe dla szamponów z tej serii, zapach przyjemny, typowo kosmetyczny, szampon dobrze się pieni i dla moich włosów wystarczy pół łyżeczki, by je umyć, więc wydajność jest na dobrym poziomie. Producent (Irena Eris) zapewnia, że szampon zmniejsza wypadanie i powoduje porost nowych włosów w ciągu już 6 tygodni stosowania minimum 3 razy w tygodniu. Efekty są ponoć potwierdzone laboratoryjnie jak i przez samych testerów. Szampon należy wmasować we włosy i skórę głowy i zostawić na ok. 2-3 minuty, a następnie spłukać. Tak też czynię :-)

- odżywka Pharmaceris H Stimulinum - opakowanie w formie tubki, apteczny design, zapach ledwo wyczuwalny, jakby cytrynowy, konsystencja średnio gęsta. Odżywkę zaleca się nakładać na skórę głowy i włosy i trzymam ok. 2-3 minuty, ja aplikuję tylko na skórę głowy, bo preparat do tanich nie należy.

- Alpicort - jest to jeden z nielicznych preparatów na łysienie dostępnych wyłącznie na receptę. Zawiera w składzie alkohol - mocno wyczuwalny przy aplikacji. Niektórych może podrażniać. Główne składniki to kortykosteryd predonizon (predonisolum) i kwas salicylowy (acidum salicilum). Preparat dość znany w kręgach "łysiejących", dostępny także w wersji Aplicort E, zawierającej dodatkowo estrogeny. Pani dermatolog, u której była, poleciła mi prostszą wersję, jako skuteczną i mniej inwazyjną. Ponoć daje dobre efekty, dużo lepsze niż popularny Loxon 2% czy 5%, który wg dermatolog daje krótkotrwałe efekty i może powodować wzmożone łysienie nawet w czasie stosowanie. Zastosowałam Alpicort jak na razie dwa razy i zauważyłam, że szybko się wchłania (lub odparowuje - alkohol) i nie obciąża ani nie przetłuszcza włosów. Producent poleca wykonać 2-3 minutowy masaz, ale ja ograniczam się do szybkiego delikatnego wtarcia w skalp, ostatnio moje włosy wypadają garściami przy jakichkolwiek manipulacjach przy skórze głowy.

- Amocon Forte - jest to preparat zawierający dużą dawkę biotyny, dostępny w formie saszetek z proszkiem, który się rozpuszcza i pije przy śniadaniu. Jeszcze nie testowałam i nie wiem, czy będę, bo Silica jednak bardziej mnie przekonuje ze względu na mnogość składników.

Liczę na efekty kuracji. Nie testowałam żadnego z wymienionych preparatów. Najlepszym szamponem przeciw wypadaniu był dla mnie Vichy Dercos wzmacniający, który dawał efekty już po 2-3 tygodniach. Przed wizytą u dermatologa też go kupiłam i użyłam raptem 2 razy, bo zdecydowałam się wypróbować rzeczy polecone przez nią. Trochę irytuje mnie potrzeba trzymania i szamponu, i odżywki parę minut na włosach, moja skóra głowy tego nie lubi, ale w takim działaniu jest oczywiście metoda, wszak każda substancja czynna potrzebuje chwili, by się wchłonąć. Na razie estem po trzech myciach, zobaczymy, czy będą jakiekolwiek pozytywne efekty tych preparatów, pokładam w ich duże nadzieje.

poniedziałek, 27 maja 2013

Wracam po fazie rezygnacji - walka z wypadaniem C.D.

Jakiś czas mnie nie było – dopadło mnie maksymalne wypadanie włosów, które na kilka tygodni sprawiło, że miałam wstręt do jakichkolwiek zabiegów. Nie mówię już o strachu na widok włosów wypadających garściami, znajdywanych dosłownie wszędzie – na poduszce, na każdym ciuchu, na podłodze, w jedzeniu, w pracy i nawet u brata, w którego zatrzymałam się na 2 dni. MASAKRA!
Ograniczyłam się tylko do mycia i nakładania odżywki do spłukiwania. Nawet bałam się je czesać...
W końcu doszłam do wniosku, że przez jakiś czas zmiana pielęgnacji pomagała i były widoczne efekty (baby hair - sporo wypadło, ale część dalej rośnie), więc czemu do niej nie wrócić. Skoro włosy i tak wypadają, to chyba ciężko im zaszkodzić, stosując znowu sprawdzone metody...

Zrobiłam zakupy na Mazidłach. W koszyku wylądowały:
  • indygo – 200g (ostatni raz farbowałam włosy w marcu)
  • henna - 100 g
  • brahmi – podobno wzmacnia cebulki i zmniejsza wypadanie
  • keratyna hydrolizowana – baaardzo fajna, niedroga sprawa (więcej niżej)
  • olej ekologiczny z czarnuszki – podobno zmniejsza wypadanie i poprawia kondycje włosów i skóry.

100 zł znowu wyparowało...
O indygo i hennie już pisałam, ale brahmi to ziółko, które dołączyło do mojej kolekcji. Według opisu na mazidla.com należy do kilku ziół stosowanych w medycynie ajurwedyjskiej przy problemach z włosami i skórą głowy. Jak na razie zastosowałam 3 razy (2 razy w formie „maseczki” - woda+brahmi, a raz dodałam do farby – nie wpłynęło na kolor). Nie wiem, czy działa. Ale ponoć wiara czyni cuda ;-)
Keratyna hydrolizowana – przeczytałam o niej bodajże na blogu Anwen (www.anwen.pl). Dodaję do odżywki do spłukiwania (dosłownie 2-3 krople). W odczuwalny sposób poprawia kondycję włosów (wypełnia mikroubytki) – są bardzo miękkie, sprężyste i lśniące, wygładzone. Jeśli przesadzę się z ilością lub jeśli stosuję za często, to włosy są lekko przeciążone. Ogólnie bardzo fajny suplement do maseczek i odżywek, które nie mają keratyny w składzie.
Olejek z czarnuszki – dowiedziałam się o nim podczas wizyty w mydlarni św. Franciszka. Ostatecznie kupiłam na Mazidłach prawie 2 razy taniej niż u nich ;-) Poczytałam recenzje – praktycznie same pozytywne, i stwierdziłam, że zaryzykuję. Olejek ma przykry zapach (taki jakby chemiczny, nieroślinny), dobrze rozprowadza się po skórze głowy – nakładam na skalp niecałą 1 łyżkę olejku i delikatnie wsmarowuję. Aplikacja o niebo lepsza niż np. oleju rycynowego ;-) Olejek jest lekki, dobrze się zmywa, nie powoduje przeciążenia włosów po umyciu. Zastosowałam dopiero 4 razy, czekam na efekty.

Ostatnie farbowanie było w sobotę 18go maja. Tym razem pół na pół indygo+henna – chciałam, by kolor był cieplejszy. Dodałam odrobinę amli i łyżeczkę brahmi. Trzymałam ok. 3 godziny – teraz myślę, że mogłam poczekać dłużej. Włosy odzyskały blask, kolor po farbowaniu jest prawie taki sam, jak przed, czyli bardzo, bardzo ciemny brąz, przy czym bardzo zyskał na głębi i zniknęły rudawe refleksy, które dają wrażenie wypłowiałych włosów. Jestem zadowolona ;-)
Zauważyłam, że przez parę dni po ziołowym farbowaniu (dokładnie 2 mycia) włosy nie wypadają prawie w ogóle. Przy pierwszym myciu (ponad 24h po farbowaniu) wypadło może 20 włosów, podczas gdy dosłownie kilka dni wcześniej przy 120-paru zaniechałam dalszego liczenia (a policzyłam na oko tylko połowę). Niestety z każdym kolejnym myciem wracam do smutnej normy... Chciałabym wierzyć, że zioła + olejki + witaminy trochę zahamują wypadanie.

Aha, koło 20 kwietnia byłam u fryzjera przyciąć końcówki (jakieś 3-4 cm). Niestety nie mam aktualnych zdjęć, ale na dniach coś wykombinuję.


piątek, 12 kwietnia 2013

Spóźnione podsumowanie marca

Opuściłam się dość mocno, jeśli chodzi o pielęgnację włosów. Marzec i pierwsza połowa kwietnia upłynęły pod znakiem niezbędnego minimum:
- szampon (na zmianę Alterra granat&aloes, GREEN PHARMACY z łopianem/Vichya przeciw wypadaniu włosów),
- odżywka (niezmiennie balsam z propolisem),
- balsam Joanny bez spłukiwania,
- Jantar.
Włosy olejowałam raz lub dwa razy, byłam bardzo niezadowolona z efektów.

Generalnie włosom ostatnio nic nie pasuje i chyba wypowiedziały mi wojnę: albo się puszą i wyglądają jak siano, albo świeżo po myciu wyglądają jak niemyte przez dobry tydzień. Coś czuję, że średnio im pasuje powrót do Jantara (tonik z OOO PERVOE RESHENIE jest lżejszy i odświeża włosy) i brak farbowania indygo od ponad miesiąca.

A'propos farbowania - nie wiem, czy tylko ja mam takie wrażenie, że bezpośrednio po farbowaniu henną/indygo wygląd włosów baaardzo się poprawia i przez kolejne 2-3 tygodnie wyglądają naprawdę dobrze. Są lśniące, grubsze i jakby gęstsze. Im dalej od farbowania, tym gorzej - tracą na objętości i połysku, zaczynają się puszyć, są nie do ułożenia i wygładzenia. Teraz już nie widzę takiej różnicy w kolorze (rzeczywiście po kilku farbowaniach jest coraz bardziej trwały), ale struktura włosów wyraźnie się zmienia - pewnie wypłukuje się to, co zostało na włosach po farbowaniu. Minęło ponad 5 tygodni od ostatniej przygody z indygo+henną i od około dwóch włosy są coraz gorze. Może nie widać tego po zdjęciach, ale czuję różnicę w dotyku.

Musiałam je szczotkować dłuższą chwilę, żeby się jakoś wygładziły...



Do tego wypadają - pewnie znowu nałożyło się kilka czynników, z których dwa główne to powrót do tabletek hormonalnych + wiosna.

Szykuję się do złożenia zamówienia na Mazidłach (indygo się skończyło!) i w sklepie Kalina - na pewno zamówię rosyjski, ziołowy tonik wzmacniający (najlepiej od razu 2 opakowania). Dorzucę jeszcze jakąś odżywkę, bo chyba moje włosy przyzwyczaiły się do balsamu z propolisem i stąd spadek formy. W końcu to już 3 miesiące...

Jeszcze porównanie długości (po lewej 08.03.2013 a po prawej 12.04.2013):





Chyba trzeba podciąć końcówki...

poniedziałek, 25 marca 2013

Szampony ALTERRA - jedna seria, różne efekty

Dziś na podstawie dwóch kosmetyków pokażę, jak skrajne mogą wzbudzać emocje. Wezmę pod lupę dwa szampony rossmanowskiej serii ALTERRA bez silikonów:
1) ALTERRA Koffein-Shampoo - szampon Biotyna i Kofeina
2) ALTERRA Feuchtigkeits-Shampoo - szampon Granat i Aloes



Oba można dostać w każdym Rossmanie w cenie 7-9zł (bywają promocje), co przy niskiej wydajności jest dość wysoką ceną za butelkę 200ml. Szampony z tej serii są polecane dla wegan i eko-ludzi - nie zawierają substancji pochodzenia zwierzęcego, sztucznych barwników, konserwantów i zapachów, a część składników pochodzi z upraw kontrolowanych biologicznie. Ile w tym prawdy - nie wiem, tym bardziej, że zapach obu szamponów jest raczej chemiczny (jeden ma lekko ostry nieokreślony zapach, a wersje z granatem pachnie cukierkowo-owocowo) choć producent podaje, że pochodzi z naturalnych olejków eterycznych. Nieważne ;-)

Stosowałam oba szampony dość regularnie i ich działanie jest skrajnie różne, co pozwoliłam sobie zamieścić w formie tabelki niżej (kliknij, by powiększyć):



Kolor i konsystencja - po lewej wersja z biotyną i kofeiną, po prawej granat i aloes.

Niestety wydajność obu szamponów jest bardzo słaba - ze względu na skład kiepsko się pienią, trzeba je rozcieńczać z wodą (najlepiej w kubeczku).
Szamponu z biotyną i kofeiną absolutnie nie polecam; ten z granatem i aloesem jest niezły, ale daleko mu do ideału. Stosowany na dłuższą metę jako jedyny szampon po jakimś czasie sprawiał, że włosy były przyklapnięte i bez energii.

Więcej szamponów ALTERRA nie testowałam, może kiedyś się skuszę.

środa, 20 marca 2013

Eve rozdaje :-)

Od kilku miesięcy obserwuję bloga Eve (zwariowanej testerki i posiadaczki naprawdę imponujących włosów), o czym zresztą wspominałam nie raz :-) 
Aktualnie na Jej blogu trwa konkurs-rozdanie:

 
Powodzenia!

wtorek, 19 marca 2013

Co mi zrobiło na głowie kuku...

W jednym z postów wspominałam o pewnym szamponie, który narobił niezłego bałaganu na mojej głowie. Dziś dokonam aktu straszliwego – napiszę bardzo niepochlebną opinię o szamponie, który ma generalnie bardzo ładne recenzje ;)

PHARMACERIS Specjalistyczny szampon przeciwłupieżowy do skóry łojotokowej – łupież tłusty

Jakiś czas temu zmagałam się z jakąś bliżej nieokreśloną odmianą łupieżu tłustego (to taki, który tworzy tłustą warstwę na skórze głowy, którą można zdrapać grzebieniem albo paznokciem; nie łuszczy się i nie osypuje jak zwykły łupież znany z reklam Head & Shoulders). Generalnie moje włosy lubiły się trochę przetłuszczać – musiałam je myć codziennie lub najpóźniej co drugi dzień, dlatego sięgnęłam po pierwszy szampon PHARMACERIS – zieloną wersję do włosów przetłuszczających się (pełna nazwa to PHARMACERIS Specjalistyczny szampon normalizujący do skóry łojotokowej). Całkiem dobrze sobie radził z myciem i pielęgnacją, włosy przetłuszczały się mniej (mogłam myć nawet 3 dnia i jeszcze nie było tragedii), no ale wydenkował się i trzeba było udać się do apteki po zapas. Akurat tej wersji zielonej nie mieli, a farmaceutka strasznie polecała ten do łupieżu tłustego (niebieski) – postanowiłam zaryzykować i wzięłam, tym bardziej, że opinie na Wizażu były całkiem całkiem (dużo lepsze niż wersji do włosów przetłuszczających się).

Po kilku myciach okazało się jednak, że ten szampon nie pomaga na nic, a do tego sieje spustoszenie. WŁOSY WYPADAŁY GARŚCIAMI! Wyciągałam je pasmami. Nigdy nie miałam takiej reakcji na szampon czy odżywkę. Dużo włosów wypadło, zaczęły się wręcz przerzedzać, aż dnia pewnego rodzicielka, zmęczona moimi pojękiwaniami przy każdym czesaniu, zapytała z troską: a może to przez ten nowy szampon? Zapaliła mi się czerwona lampka, no że też nie przyszło mi to do głowy wcześniej. Szampon odstawiłam natychmiast, zastąpiłam innym i... po jakimś czasie wypadanie wróciło do normy (ubolewam, że nie mogę powiedzieć, że zniknęło całkowicie). Straciłam sporo włosów i ponad 25zł za szampon, który zużyłam do połowy. Moja skóra i włosy go po prostu nie polubiły.

Zdjęcie winowajcy:

I z bliska, en face:

Niech będzie przeklęty i odda mi moje włosy!

Baby hair pod lupą (zdjęcia)

Baby hair rosną jak na drożdżarzach, niedawno nie było ich widać, gdy robiłam zdjęcia, ale teraz już mogę się pochwalić :-) Nie umiem obsługiwać tego aparatu, dlatego zdjęcia takiej a nie innej jakości.
W rzeczywistości kłaczków jest więcej i rosną nawet gęsto (część jest jeszcze dość krótka i gubi się na tle długich włosów lub jeszcze jest pod nimi), najwięcej jest po bokach głowy. Ostatnio już rezygnuję z upinania włosów w kucyk, bo wszystko sterczy i nawet kosmetyki do stylizacji nie bardzo pomagają ;-)


Mam nadzieję, że szybko podrosną i się nie połamią :-)
A skoro już zaczęłam się chwalić, to dodam jeszcze, że chociaż ostatni raz byłam u fryzjera bodajże we wrześniu, to nie mam ani jednej rozdwojonej końcówki :-)

A poza tym wracam do Jantara.

poniedziałek, 18 marca 2013

OOO PERVOE RESHENIE - tonik przeciw wypadaniu - recenzja

Ziołowy rosyjski tonik właśnie mi się wydenkował i trochę mi z tego powodu smutno :-(
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - czas na recenzję!

Tonik kupiłam na początku roku w sklepie Kalina [klik] 

SKŁAD:
Aqua with infusions of extracts: Carum Carvi, Quercus Robur Cortex, Persicaria Hydropiper, Acorus Calamus, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Benzyl Alcohol.

Jak widać w składzie ekstrakty z: kminku zwyczajnego, kory dębu szypułkowego, rdestu, tataraku. Na końcu kwas benzoesowy i sorbowy (konserwanty), alkohol benzylowy (też pewnie jako konserwant).

Tonik ma konsystencję wodnistą, zupełnie rzadką, nie jest lepki, nie skleja włosów. Kolor lekko brudny (jak napar ziołowy), zapach bardzo przyjemny - ziołowo-kwiatowy, delikatny. Opakowanie jest solidne, nie przecieka, zakrętka ma dozownik i można ją łatwo odkręcić.




Preparat testowałam od 23. lutego, wcierałam go w skórę głowy dwa razy dziennie (rano i wieczorem). Aplikowałam strzykawką (2-2,5 ml) na przedziałki, wmasowywałam opuszkami palców, a potem jeszcze chwilę masowałam skalp szczotką Tangle Teezer.

A teraz szybciutko - bardzo go polubiłam. Już na dzień dobry spodobał mi się zapach, a potem było tylko lepiej; po nałożeniu włosy są miękkie i lśniące, odbite u nasady, wyglądają świeżo. Ogranicza przetłuszczanie się włosów, daje uczucie lekkości i świeżości. Zniwelował swędzenie skóry głowy. Nie wiem, czy mam po nim nowe baby hair, ale na pewno te po Jantarze szybko urosły. 

Szczerze polecam, na pewno wrzucę go do koszyka robiąc kolejne zakupy! Jest całkiem wydajny (150 ml) i w bardzo atrakcyjnej cenie (w sklepie Kalina kosztuje tylko 11zł).

piątek, 15 marca 2013

Konkursowo!

Biorę udział w konkursie organizowanym przez Caravely na blogu http://blondregeneracja.blogspot.com :-)

 

Powodzenia wszystkim uczestniczkom!

JOANNA z Apteczki Babuni – krótka recenzja

Od około miesiąca po prawie każdym myciu stosuję balsam nawilżająco-regenerujący bez spłukiwania firmy Joanna z serii Z Apteczki Babuni. Przeznaczony jest do włosów suchych i zniszczonych, a swoim składzie zawiera ekstrakt z miodu i proteiny mleczne.

 

Nie ukrywam, że zachęciła mnie do niego cena i dostępność – w ROSSMANIE kupiłam go za około 5 zł (200 ml). Nie ukrywam też, że lubię produkty polskich producentów.

Pierwsze kilka aplikacji przyniosło pewne rozczarowanie. Włosy były nijakie, nie wyglądały na nawilżone czy wygładzone. Jednak nie poddałam się i było lepiej. Balsam trochę usztywnia włosy, dzięki niemu są sypkie i nie strąkują się. Jakiegoś większego nawilżenia czy regeneracji nie zauważyłam.

Po ostatnim farbowaniu indygo postanowiłam coś przetestować. Moje włosy mają dużą tendencję do falowania (TU na pierwszym zdjęciu widać, jak potrafią się zakręcić), a balsam ten jest ponoć polecany przez kręconowłose. Czemu nie spróbować? ;-)
Po umyciu włosów osuszyłam je ręcznikiem harmonijkując, wgniotłam balsam 2/3 długości i nie rozczesałam. Efekt był bardzo ładny – miękkie i lśniące falo-loki. Nie udało mi się uzyskać takiego efektu po odżywkach ALTERRA, więc to pewnie zasługa balsamu (i farbowania indygo - po nim moje włosy są podatniejsze na stylizację). Teraz żałuję, że nie miałam czasu, by zrobić zdjęcia, ale postaram się nadrobić.

A właśnie - moje niezdecydowanie nie zna granic. Pewnie jak większość kobiet chciałabym mieć włosy jednocześnie idealnie proste, jak i pięknie falowane. Najlepiej tak, by zmieniały się natychmiast, bez żadnego prostowania czy nakręcania na wałki. Nie wspominam o trwałości niezależnie od pogody ;-) Niestety tak się nie da – moje włosy nigdy nie były i nie będą lejącą się, lśniącą taflą, ani też burzą fal i pukli jak po stylizacji u dobrego fryzjera. Chyba muszę się zadowolić tym, co mam...

czwartek, 14 marca 2013

Paznokciowo-odżywkowo i włosowo (koczek)

Dla odmiany post nie o włosach. Muszę się koniecznie podzielić informacją o odżywce do paznokci Clovervita NAIL ENERGY oraz NAIL VITA Microcell 2000 ;-)
Ta pierwsza wpadła mi w ręce kilka lat temu za sprawą koleżanki-kosmetyczki. To był strzał w dziesiątkę!
Zawsze miałam bardzo cienkie paznokcie, miękkie jak papier (mogłam je wyginać w każdą stronę), zadzierające się na brzegach. Testowałam wiele odżywek, olejków i innych preparatów-cud, które miały mi zapewnić piękne, mocne i długie paznokcie. Pic na wodę ;-) Niektóre wysuszały płytkę tak, że potrafiła się złamać jak sucha gałązka. 
Odżywka Clovervita NAIL ENERGY uratowała moje (i nie tylko) paznokcie. Stosowałam w następujący sposób:
- dzień 1: dokładnie czyścimy paznokcie, nakładamy jedną warstwę odżywki (ma formę bezbarwnego lakieru)
- dzień 2: na starą warstwę nakładamy nową
- dzień 3: zmywamy całość, nakładamy znowu nową warstwę odżywki i tak dalej...
Już po paru tygodniach widziałam super efekty, paznokcie były twardsze, elastyczne i rosły jak szalone :-)  Odżywkę można też stosować jako podkład pod kolorowy lakier. Jest maksymalnie wydajna. Sprawdza się nawet jako bezbarwny lakier.

Zdjęcie pochodzi z www.dooyoo.de - niestety nie mam zdjęcia mojej odżywki, ale wyglądała tak samo.


Cena może trochę odstraszać - kupiłam ją wtedy za ok. 60zł (12ml), pewnie zbytnio nie staniała. Dla mnie te 60zł było oszczędnością - kupiłam dobrą i wydajną odżywkę, zamiast testować kilkanaście kolejnych z przedziału cenowego 5-40zł. Odżywka Clovervita jest trudno dostępna (czasem Allegro, warto szukać w hurtowniach kosmetycznych i salonach), ale jak tylko będziecie mieć okazję - kupujcie w ciemno. Poleciłam sporej ilości znajomych i wszystkie były zachwycone.

W tej chwili od paru miesięcy stosuję NAIL VITA Microcell 2000 do kupienia np. w Douglasie (ok.70zł/12ml) - jest kilka wersji (ja mam "utwardzacz" - turkusowe opakowanie), stosuje się tak samo jak Clovervita, efekty są prawie takie same (mniej spektakularne). Paznokcie rosną dużo szybciej i są twardsze. Polecam, szczególnie tym, którym nie uda się znaleźć Clovervita :-)


A przy okazji chwalę się koczkiem z wypełniaczem, zrobionym w pracy na szybko bez lustra i grzebienia - chyba nie jest źle ;-) Jak nabiore wprawy to pochwalę się lepszymi zdjęciami :-)

środa, 13 marca 2013

GREEN PHARMACY

Odbierając dziś 2 opakowania Jantara w aptece, zajrzałam do Rossmana i nie mogłam się oprzeć ;-) Kupiłam szampon z łopianem GREEN PHARMACY oraz ziołowy eliksir wzmacniający tej samej firmy. W sumie zapłaciłam 15zł, czyli naprawdę niewiele. Szampon ma ładne recenzje, myślę, że może się spodobać moim włosom i być jakimś urozmaiceniem (od ponad 2 miesięcy stosuję tylko 2 szampony na zmianę). Eliksir planuję używać przed olejowaniem, aby zwilżyć włosy, ma fajny dyfuzor, więc powinien się sprawdzić w tej roli, a podziała pewnie lepiej niż sama woda :-)

Do tego kupiłam wypełniacz do koka. Nie wiem, czy dam radę go używać (mam dwie lewe ręce jeśli chodzi o fryzury), ale trzeba spróbować :-)


PS. Chciałam stosować MUMIO codziennie wieczorem, ale z powodu koszmarnego zapachu ograniczę się do paru razy w tygodniu. Po użyciu trzeba koniecznie umyć głowę (z popielniczki po kilku godzinach otrzymałam nocnik z niezbyt szlachetną zawartością), a nie chcę myć włosów codziennie, skoro tego nie wymagają...

poniedziałek, 11 marca 2013

Zaczynam przygodę z MUMIO

Zainspirowana pozytywnym opisem działania preparatu MUMIO, postanowiłam spróbować. Toniku z OOO PERVOE RESHENIE zostało mi na 3-4 użycia, więc czas wprowadzić coś nowego (nadal nie mam Jantara :-( )


MUMIO (inna nazwa to Mumijo lub Shilajit) to substancja pochodzenia naturalnego znana od wieków w różnych rejonach świata - w krajach arabskich, Mongolii, Tybecie, Indiach, na Kaukazie, Syberii czy Birmie. Pisał o niej m.in. Arystoteles oraz arabski uczony Awicenna. MUMIO można znaleźć w niewielu miejscach na ziemi, jedne z największych źródeł tej substancji znajdują się w Rosji. Do upadku ZSRR mumio było oficjalnie dopuszczone do praktyki medycznej i formie oczyszczonej było podawane pacjentom. Współcześnie mumio jest przedmiotem badań naukowców z Rosji, Gruzji i Uzbekistanu.
W stanie surowym zawiera mnóstwo substancji pochodzenia organicznego i nieorganicznego, witamin, aminokwasów, olejki eteryczne, kwasy organiczne, mikro- i makroelementy. Jeśli kogoś interesuje, co dokładnie zawiera MUMIO, odsyłam na przykład do tej strony.

MUMIO (Shilajit) polecane jest prawie na wszystko - od skaleczeń, przez złamania i choroby kości, choroby układu trawiennego, krążenia, problemy sercowe, przeziębienia itd. - spektrum działania  jest ogromne. Według źródeł bardzo pomaga także w przypadku łuszczycy oraz problemów ze skórą głowy (świąd, łupież, wypadanie włosów) i pobudza włosy do wzrostu.  
W przypadku osób chorych, MUMIO nie zastąpi kuracji przepisanej przez lekarza. Należy skonsultować się ze swoim lekarzem, gdy przyjmujemy leki (nawet te bez recepty). Przyjmując MUMIO doustnie, nie należy pić alkoholu.




MUMIO można przyjmować doustnie (w formie tabletek, które można łykać bądź rozpuszczać w wodzie, miodzie, soku czy herbacie) i stosować zewnętrznie (smarując zmienione miejsca roztworem MUMIO i przegotowanej wody).

W internecie znajdziecie mnóstwo informacji nt. MUMIO, łącznie z opiniami osób, które je zażywały (m.in. osoby chorujące na stwardnienie rozsiane, łuszczycę). Zachęcam do lektury.


Kupiłam MUMIO w tabletkach (60 szt. po 0,2 g każda), cena 19-20zł. Planuję stosować je 1 raz dziennie w formie roztworu wcieranego w skórę głowy - tabletki bardzo dobrze rozpuszczają się w ciepłej, przegotowanej wodzie, wystarczy 4-5 sztuk na 25 ml wody. Roztwór można przelać do szklanego pojemniczka i przechowywać w lodówce (tabletki mają żywiczną konsystencję i lepiej trzymać je w lodówce). 




Dziś rano nałożyłam je pierwszy raz - uwaga na zapach, jest koszmarny.  
Eve ma rację pisząc, że pachnie jak połączenie kupy i papierosów - zgadzam się w 100%! Po rozpuszczeniu kilku tabletek otrzymałam popielniczkę z petami w płynie :-) Na głowie też śmierdzi - ten smród ciągnie się za mną niemiłosiernie.

  
Nie polecam randki z MUMIO przed posiłkiem - zabije apetyt... Kiedyś straszyło się dzieci tranem - dziś straszyłabym je MUMIO :-)

piątek, 8 marca 2013

Rosną, rosną - czyli porównanie długości (zdjęcia) :-)

Ostatnio nie miałam czasu, by szczególnie poświęcać się włosom, nie mówiąc już o pisaniu, ale dziś mam czas wyłącznie dla siebie (w końcu Dzień Kobiet, prawda?), dlatego poświęciłam chwilę na małą sesję zdjęciową, a zaraz idę przygotowywać hennę - czas na farbowanie. Mam kilka dni wolnego, więc nie będę nikogo straszyć zapachem siana na głowie :-)

Poniżej porównanie długości włosów na przełomie nieco ponad miesiąca (zdjęcie po lewej - 3.lutego przed farbowaniem indygo, gdy były względnie proste, a po prawej - dzisiejsze, włosy myte na szybko wczoraj rano). Dobrze mi się wydawało, że urosły. Nie wiem, czy przyrost był większy niż normalnie, nigdy tego nie śledziłam, ale chyba zacznę - ot, dla zaspokojenia ciekawości ;-)


Nałożyłam oba zdjęcia na siebie - widać, że włosy urosły ok. 2 cm (tak na oko ;-) )


Tak wyglądają na dzień dzisiejszy:
 

Ich stan nie poprawia się tak znacząco jak na początku (a szkoda), ale widzę, że nie zbijają się w kolonie i są bardziej sypkie. Tym razem do zdjęcia tylko przeczesałam je ręką, więc widać, że nie są szczególnie splątane :-)

Zaraz idę znowu nałożyć indygo+hennę+amlę i potrzymać 2-3 godziny, żeby odżywić kolor i włosy oraz nadać im objętości. Mam wrażenie, że te półprodukty z Mazideł są trwalsze, nadal gdy myję włosy, piana jest lekko brązowawa, czyli jakiś tam kolor jeszcze jest (po KHADI nie było takiego efektu a kolor był widocznie wypłukany po 2-3 tygodniach). A może po prostu z każdym farbowaniem kolor jest trwalszy? Tak czy inaczej chcę znów użyć tej mieszanki, lubię efekt grubszych i sztywniejszych włosów po farbowaniu, poza tym chcę sprawdzić, czy wpływa na wypadanie.


PS. Nie, nie chodzę w tej samej koszulce 365 dni w roku - zakładam ją do zdjęć, jest moim punktem odniesienia ;-)

czwartek, 7 marca 2013

Podsumowanie lutego 2013

Czas na podsumowanie lutowej pielęgnacji - było skromnie, ale systematycznie :-)
- 3. lutego - farbowanie indygo+indygo+henna
- codziennie (od stycznia) kuracja odżywką Farmona JANTAR
- szampon Vichy DERCOS z Aminexilem + ALTERRA Granat i Aloes stosowane na zmianę (myłam włosy mniej więcej co drugi dzień, czasem codziennie)
- balsam do spłukiwania OOO PERVOE RESHENIE (z brzozowym propolisem) + parę razy odżywka do spłukiwania ALTERRA Granat i Aloes
- gdzieś w połowie lutego -  nawilżająco-regenerujący balsam bez spłukiwania JOANNA z Apteczki Babuni - z ekstraktem z miodu i proteinami mlecznymi. Szału nie ma, ale po nim włosy są troszkę dociążone i nie zbijają się w kolonie. Później napiszę jakąś recenzję.
- kilka razy w miesiącu - olejek wzmacniający OOO PERVOE RESHENIE
- od 23. lutego - koniec kuracji JANTAREM i początek kuracji ziołowym tonikiem OOO PERVOE RESHENIE 
- od 23. lutego wprowadzam kurację miodowo-ziołowymi ampułkami wzmacniającymi OOO PERVOE RESHENIE (1-2 razy w tygodniu)
- cały czas suplementacja SILICA; jakiś czas przyjmowałam też Calcium Pantothenicum

Starłam się nie suszyć włosów suszarką, ale zdarzyło się kilka razy - w pracy muszę dobrze i schludnie wyglądać, a nie zawsze dałam radę umyć włosy wieczorem. Jantara stosowałam zazwyczaj raz dziennie, tonik nakładam 1-2 razy dziennie - zawsze łączę aplikację z masażem skóry głowy za pomocą szczotki Tangle Teezer.

Kondycja włosów powolutku się poprawia (spektakularnych efektów nie ma, bo jak naprawić coś, co jest martwym wytworem naskórka?). Przestały się zbijać w strąki, odbiły się od głowy, urosły. Mimo stosowania wcierek, nie zauważyłam, by się mocniej przetłuszczały. Jak pisałam - pojawił się wysyp baby hair. Zastanawiam się, czy nie odwiedzić fryzjera i nie przyciąć końcówek, ale chyba jeszcze się wstrzymam.

Zamówiłam też tabletki MUMIO, nie jestem do nich zbytnio przekonana, ale zaryzykuję.

niedziela, 3 marca 2013

AMLA - recenzja

Jesienią ub. roku, zachęcona bardzo pozytywnymi opiniami, kupiłam AMLĘ Dabur, czyli olej do włosów z wyciągiem z agrestu indyjskiego. Według zapewnień producenta, olej powinien polepszyć kondycję włosów, nadać im zdrowy połysk, sprężystość oraz dać wrażenie, że są doskonale odżywione. Czy aby na pewno?

SKŁAD: Light liquid paraffin, RBD Canola oil, RBD Palmolein oil, Parfume, EXTRACT,TBHQ, CI 47000, CI 616565, CI 26100

(zdjęcie ze stycznia, od tamtej pory użyłam Amli jeszcze kilka razy)


Do napisania tej recenzji zabierałam się kilka razy, ale zawsze odkładałam ją na później mówiąc sobie: dam jej jeszcze jedną szansę. Wczoraj użyłam jej po raz kolejny i stwierdzam: mimo prób zaprzyjaźnienia się z Amlą, nie polubiłyśmy się i muszę napisać niepochlebną opinię.

W zasadzie nic mi się nie spodobało.

Opakowanie - może i schludne, ale nieporęczne, zachlastałam pół łazienki nakładając olej na włosy. Trzeba przelewać go na spodeczek, inaczej połowa się marnuje.

Konsystencja -  niemal wodnista, co utrudnia nakładanie.

Zapach - za pierwszym razem stwierdziłam, że ładny, choć szalenie intensywny, orientalny, ciężki i przypominający kadzidło. Za każdym kolejnym coraz bardziej mnie drażnił. Jest straszny! Przez niego olej nie nadaje się do aplikacji na noc - nie ma mowy o spokojnym śnie. Pozostałości kadzidła czuć nawet po umyciu (właśnie sprawdziłam ;-) ).

Działanie - no i tutaj muszę się głęboko zastanowić. Testowałam Amlę na różne sposoby - na sucho, na wilgotne włosy, pod czepek i ręcznik, bez czepka i ręcznika, na godzinę i na noc (zdarzyło się raz!), na włosy, na skalp. Stosowałam, myśląc, że skoro wszystkim się podoba, a mi nie, to coś robię źle. Ale to chyba nie kwestia aplikacji, a składu i indywidualnej reakcji. Nie zauważyłam, by obietnice producenta zostały spełnione. Niezależnie od metody, włosy były takie sobie (albo takie jak wcześniej, albo dużo gorsze). Czasem były przeciążone i brzydkie już po kilku godzinach od umycia - tak mam teraz. Zmyłam ją dokładnie i wczoraj włosy były normalne, ale dziś już mam wrażenie, że są brudne.

Zdecydowanie nie jest to olej dla mnie (może to przez parafinę w składzie). Pokładałam w nim wielkie nadzieje, a teraz myślę, co zrobić z połową opakowania, bo tyle mi zostało.

niedziela, 24 lutego 2013

Inwazja baby-hair!

Wczoraj, czesząc włosy po myciu, zauważyłam wysyp baby hair! :D
Bardzo dużo krótkich, delikatnych i odstających włosków pojawiło się szczególnie na bokach głowy. Mają ok. 1-2cm długości, stąd wnioskuję, że nowy sposób pielęgnacji i wcierki im służą. Niektóre włosy na czubku głowy są nieco dłuższe i przez nie mam problem spiąć włosy na gładko w kucyk - ciągle coś wystaje. Takie małe antenki :D
Ogólnie mam wrażenie, że włosy mocno urosły. Nie mierzę ich, ale tak mi się wydaje "na oko". Prawde mówiąc nie ma to dla mnie większego znaczenia, bo zależy mi na gęstości, a nie długości :-)

sobota, 23 lutego 2013

Koniec Jantara, czas na Babuszkę Agafię :-)

Po tygodniowej przerwie wróciłam do wcierki Jantar, którą skończyłam bardzo szybko (nie starczyło już na 3 tyg. kuracji). Od jakiegoś czasu włosy znowu bardziej wypadają, mam kilka podejrzeń, co może być przyczyną:
- farbowanie indygo/henną/amlą - zauważyłam, że wypadanie nasiliło się ok. 2 tygodnie po farbowaniu; nie wiem, czy faktycznie te zioła mogły mieć na to wpływ, dlatego nie zrażam się i na początku marca planuję kolejne farbowanie. Będę obserwować, czy problem znowu się nasili.
- hormony... Jak wspominałam, od lat borykam się z problemami natury - nazwijmy to ogólnie - kobiecej. Po konsultacji z lekarzem, jesienią odstawiłam leki hormonalne, które brałam kilka lat, a w styczniu zrobiłam badania krwi i niestety nie ma żadnej poprawy (nastąpił bardzo duży wyrzut androstendionu i testosteronu - hormonów, które powodują łysienie) i muszę kontynuować leczenie. Mam nadzieję, że kilka miesięcy po powrocie do kuracji, włosy będą nieco mniej wypadać.
- szampon... Stopniowo odstawiłam Vichy Dercos z aminexilem, na dłuższą metę mi nie służy - wprawdzie wypadanie jest mniej nasilone, ale włosy są zniszczone (za suche i kruche, albo oklapnięte). Tak źle, i tak niedobrze... Zaczęłam stosować szampon Alterra Granat & Aloes, całkiem niezły kosmetyk (w przeciwieństwie do wersji Biotyna & Kofeina), ale może moja skóra głowy potrzebuje wspomnianego aminexilu, czyli opatentowanego związku chemicznego, który poprawia metabolizm osłabionych mieszków włosowych... Zatem znów wracam do Vichy Dercos, co trzecie mycie mam zamiar używać jednak Alterry.

Po Jantarze została mi pusta butelka, a że nie mam teraz czasu zamówić go w aptece, to zamierzam przetestować rosyjskie kosmetyki - tonik OOO PERVOE RESHENIE (stosowałam go tylko kilka dni w przerwie między jedną a drugą kuracją Jantarem) oraz wzmacniające miodowo-roślinne serum (kompleks) do włosów tego samego producenta. Właśnie użyłam pierwszą ampułkę i siedzę w czepku :-) Na razie mogę napisać tylko to, że jestem zaskoczona zapachem - spodziewałam się ostrego zapaszku ziół a tu ledwo wyczuwalna nuta... papryki (chyba?) :-)